sobota, 15 listopada 2014

Lecimy na Flores, Komodo i Rince




17 sierpnia 2013, sobota

Pobudka 420 , wyjazd 530 . Do lotniska mamy bardzo blisko, więc jesteśmy po siedmiu minutach. Odprawa chyba najdziwniejsza, jaką widziałam, gdzieś zupełnie z boku terminala. Dopłacałyśmy za 7 kg nadwagi na dwie osoby i opłata lotniskowa 40.- . Samolocik malutki 2 – 3. Marszruta na legendarne Komodo, najpierw jednak musimy dolecieć na Flores, do Labuan Bajo. Naszą podróż odbywany liniami Trans Nusa. To ciekawostka, bo posiadają one jedynie 2 (słownie dwa) samoloty. Kiedyś jeden się popsuł, drugi na lotnisku na Flores zderzył się ze stadem krów… My mieliśmy szczęście i lot odbył się bez przeszkód.

Lecimy nad wyspami Lombok i Sumbawa
 

Widoki niesamowite. Nawet nie wiadomo kiedy, minęła godzina, tym bardziej, że dali bułeczkę i wodę. Po przylocie czekaliśmy aż „ręcznie” dostarczą nam bagaże. W dobie mechanizacji cała operacja odbywała się ręcznie. Gość z luku samolotu wyjmował walizki, drugi układał je na wózku (który wcześniej przyciągnęli pod samolot), wózek był przepchany pod budynek i po okazaniu kwitu każdy osobiście odbierał swój bagaż.

 

Potem jazda do hotelu, całe 10 minut. Chwila oddechu i lecimy na basen. Mała przekąska, bo to pora lunchu. Upał taki, że można wytrwać tylko metodą „z wody – do wody”. 
Hotel Jayakarta. Do miasteczka kawałek, ale za to tuż przy plaży, cisza i spokój.

Nasz pokój był w rogu na 4-tym piętrze, więc widoki super

Tu mała ciekawostka - to wejście do łazienki, wc.
Nie ma klasycznych drzwi, tylko taka zasłonka. :)
 
Dzień totalnego lenistwa. Poza nami w hotelu niewiele osób, więc basen prawie prywatny

Wieczorem nie mogło się obyć bez spaceru nad morzem. Plaża ku naszemu zdziwieniu mocno średnia. Daleko jej do naszych , pięknych z miałkim piaseczkiem. 


Słońce zachodzi tu na prawdę szybko. Od tego momentu do pełnego schowania

 za horyzont trwało to nie więcej niż 15 minut


 
18 sierpnia 2013 r., niedziela
Zostawiliśmy główne bagaże i tylko z tym, co potrzebne pojechaliśmy do mariny i ruszamy na Komodo na dwie łodzie.  W marinie ci co nie mieli wypożyczyli maski i fajko do pływania na rafie.  
Nasza łódka.



Mieliśmy "obstawę" - obok łódki pływały też delfiny

W samo południe dotarliśmy na Komodo i ruszyliśmy na poszukiwanie waranów.
 
Przy wejściu do Parku Narodowego Komodo


 Waran to największa współcześnie żyjąca jaszczurka. Odkryta w 1910 r. Aby ją chronić założono w 1980 r. Park Narodowy Komodo. Głowa warana jest duża i szeroka, szyja gruba i masywna, baryłkowaty tułów, ogon gruby u nasady, a w dalszej części bocznie spłaszczony, równy połowie długości ciała. Szeroka szczęka uzbrojona w 60 zębów. Ciało pokryte ziarnistymi łuskami. Grzbiet ciemnobrązowy, pokryty czarnymi plamkami. Rozmiary - Długość do 2,5 - 3,0 m (rekord – 3,65 m) Masa ciała 150 kg. Samice są mniejsze od samców. Samica składając jaja buduje kilka dziur, z których tylko w jednym składa jaja. Gotowa do rozrodu w wieku 6/8 lat. Koniec ok. 18 roku życia. Potrzebują ok. pięciu-sześciu lat, by urosnąć do 2 metrów długości, a mogą żyć do ponad 50 lat. Młode warany, by uniknąć zjedzenia przez starsze osobniki, siedzą na drzewie do ok. 1 roku życia. Aktywny w dzień, a noc spędza w wygrzebanych przez siebie norach. Poluje z zasadzki, do upatrzonej zdobyczy zakrada się od tyłu. Atakując mniejszą zdobycz, może rzucić się wprost do jej szyi; większą ofiarę (np. jelenia czy dziką świnię) stara się powalić na ziemię (m.in. przy użyciu potężnego ogona, którego siła uderzenia równa się sile 2 ton), a następnie rozedrzeć na strzępy lub doprowadzić do jej wykrwawienia. Badania wykazały, że w ślinie warana żyje ok. 50 różnych szczepów bakterii, rozwijających się dzięki resztkom mięsa pozostającym między zębami warana;



Były inne zwierzaki, a warany tylko przy domkach rangersów.

Widok z najwyższego punktu Komodo - Sulphurea Hill
Nasz spacer odbywał się "pod ochroną" rangersów. Za całą "broń" mieli jedynie kije. 


 
Jako, że było to południe, a my byliśmy prawie na równiku, cień był bardzo niewielki
 Popłynęliśmy następnie na tzw. Różową Plażę. Miałyśmy w planach pływanie i opalanie. Wzięłyśmy ręczniki, ale przede wszystkim maski do pływania. To był nasz pierwszy raz - zarówno pływanie z maską, jak i robienie zdjęć podwodnych (zwłaszcza w moim wykonaniu, bez okularów optycznych...). Cudowne  z maską nad rafą. Zanim "załapałyśmy" jak to się robi, było na prawdę zabawnie.

Żeby dostać się z naszej łódki na plażę,
trzeba było skorzystać z małej łódeczki, która była do naszej dyspozycji
Na wieczorny postój dopłynęliśmy do pomostu na wyspie Rinca. 



Zachód słońca były jedyny w swoim rodzaju.
Nie było słychać żadnych odgłosów,
poza cichym pyrkaniem silnika łódki.
Tylko my i cisza... 

Ta smakowita rybka została przyrządzona na kolację

przez miejscowego mistrza gotowania. Pracował w kuchence może metr na metr,

a gotował na dwie łodzie dla ok. 30 osób
 Super kucharz i doskonałe posiłki. Noc spędziliśmy na pokładzie. Rozgwieżdżone niebo i księżyc świecił jak szalony. Nad ranem trochę chłodno i wilgotno, ale fajnie.

19 sierpnia 2013 r., poniedziałek
Pobudka i o 615 wyjście na spacer. Widzieliśmy trzy warany w lesie i sporo przy domkach. 
Bliżej nawet nie próbowaliśmy podejść... nie biegamy tak szybko, jak warany.

Jestem przystojny, prawda??? Czy można się mnie bać ???
Spotkaliśmy też takiego osobnika.
Ewidentnie miał uszkodzony staw w prawej, przedniej łapie. Ciągną ją za sobą.
To pewnie skutek jakiejś bitwy z kolegą...
Bardzo młody waran, ale już na ziemi.

 Po powrocie śniadanie i płyniemy w drogę powrotną, ale najpierw kolejne pływanie z maską na rafie. Tym razem maskę dobrze zassało, ale rafa była głębsza. Zobaczymy, co będzie z tych zdjęć podwodnych.

Gdy leżałam nieruchomo, ryby podpływały bardzo bliziutko


Po przypłynięciu do portu na dowóz bagaży czekamy  na lotnisku. Takie dziwne i prymitywne lotnisko (nowe dopiero budują). Duchota, jakiej świat nie widział. Bagaże oczywiście „ręcznie” zawiezione do samolotu, a my piechotą po płycie. Wystartował o 1300 , na miejscu o 1405 . Lot powrotny na Bali spokojny, widoki super. To lotnisko też ma swoje nietypowe lądowania samolotów. Chyba 2 miesiące przed naszym pobytem jeden z samolotów nie wyrobił się i zakończył lot w wodzie, poza pasem startowym. Długo czekaliśmy na bagaże. Ostatecznie zrezygnowałyśmy z wyjazdu na tańce. Tym razem mamy pokój prawdziwie królewski (dwa pojedyncze łóżka, jedno małżeńskie, kanapa, wielgaśny telewizor i własne patio). Spokojne popołudnie w pokoju, spacer. O dziwo, mało sklepików z pamiątkami dla turystów.

Nad brzegiem, tuz przy plaży oczywiście nie może zabraknąć świątyń
W górze samolot, którym lataliśmy na Flores

 20 sierpnia, wtorek
Rano śniadanie o 800 i pogaduchy. Zaległyśmy nad basenem.

Pokoje były tylko do 1400, więc w 6 osób zdecydowaliśmy o wykupieniu za 60 $ dodatkowego czasu w naszym pokoju. Mogliśmy spokojnie posiedzieć i pogadać. 


To ten sam pokój. W sześć osób kręciliśmy się po nim pakując
i wcale nie było tłoku.Do tego miałyśmy fajny wewnętrzny taras

O 1830 ruszamy na lotnisko. Jest czas na spokojną odprawę i ostatnie zakupy. Start o czasie, czyli 2235 . Do Singapuru 1611 km.

  21 sierpnia 2013 r., środa
Singapur. Lądowanie o 015 i godzina przerwy. Musieliśmy wysiąść. Zmiana załogi i lecimy dalej. Do Dohy leciał spokojnie z drobnymi turbulencjami. W Doha 3 godziny przerwy. Dobrze, że tylko tyle. Planowany wylot 855 , ale wyleciał 45 minut później. Najdłuższe 5,5 godziny, bo już zmęczenie daje o sobie znać. Prawie udało się odrobić i przyleciał o 1345 . Długo czekaliśmy na bagaż, ale się udało i do domu dotarłam około 15.
Do zobaczenie następnym razem.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz