niedziela, 23 listopada 2014

Spotkanie z Etiopią cz. 2



6 lipca 2012 r. , piątek

         Pobudka o 540 , wyjazd o 7. Pogoda na razie boska. Dessie, 200 tysięcy mieszkańców. „Brama do stolicy”. „ Moja radość”. Miasto założone przez cesarza Jana IV w 1882 r.  Sporo śladów włoskiej okupacji.

Poranek zaczęliśmy od wizyty nad Jeziorem Hayk położonym na wys. 2030 m n.p.m.
 
Tradycyjna łódź zw. TANKWA (zrobiona z papirusa)

Poranek to okazja do spotkania różnego ptactwa. Zupełnie niesamowita dla mnie była cisza nad niezmąconym jeszcze tak bardzo cywilizacją jeziorem

Kolejny punkt na naszej trasie to targ w HAYK– dla miejscowych byliśmy chyba atrakcją dnia. Dla nas to zupełnie niesamowita okazja do zobaczenia innego oblicza Etiopii – takiego dla miejscowych, a nie „zrobionego pod turystów”. Nie wiadomo było na co patrzeć. Trzeba było uważać, żeby się nie zgubić, a z drugiej strony wszystko ciekawe.

Wielbłądy to tu jeden ze środków transportu


Niesamowite twarze zarówno dorosłych jak i dzieci
Etiopskie kobiety
Tak sobie myślę, że całe szczęście, że wybrałyśmy wersję wycieczki z jazdą autokarem. Może to mniej komfortowe, bardziej męczące, ale nie zobaczyłybyśmy takiej Etiopii, codziennego życia, takich ludzi. 
Za Kombolczą zmienia się krajobraz
Taki widok tu tu codzienność. Widzieliśmy też wersję z dwoma wielbłądami
Kolejna wioska, jaką odwiedziliśmy, to wioska Plemienia Łolo (Wollo)
Kilka pokoleń kobiet z plemienia Wollo

Dla mnie zupełnie niesamowite były misternie plecione warkoczyki na głowach kobiet

Przygotowywana w tradycyjny sposób indżera

  Mogliśmy zatrzymać się gdzie i kiedy chcieliśmy. Tym razem zobaczyliśmy sprzedawane przy drodze banany i trzcinę cukrową. 
Wszystkiego trzeba spróbować - nawet zjadliwe, ale nie powala...
Etiopia do tej pory nie kojarzyła mi się z górami.
Im bliżej Lalibeli tym krajobraz bardziej górzysty
Bardzo zapadł mi w pamięci chłopaczek, który pojawił się przy naszym autokarze,
na jednym z postojów (góry dały się we znaki i autokar miał przymusową przerwę na naprawę).
Ubrany był w autentyczną skórę.

Udało się naprawić autokar i dojechaliśmy do  hotelu Tukul Village w Lalibeli.



Poszłyśmy na mały spacerek po okolicy. Natychmiast miałyśmy „obstawę”, zresztą jak wszyscy. Wszyscy chcieli porozmawiać, pokazać drogę. Dotarłyśmy do kilku budek z pamiątkami, całkiem spory wybór, więc oczywiście zakupy były… Jazda trochę zwariowana tak, że mój żołądek to odczuł, nie poszłam na kolację. Wieczorem kąpiel i odpoczynek po tej wariackiej jeździe.

Taki widok miałyśmy z naszego okna
Jutro ruszamy na zwiedzanie słynnej Lalibeli.